Operacja na otwartym sercu
– Transformacja energetyczna to operacja na otwartym sercu. System musi funkcjonować bez przerwy, równocześnie potrzebujemy mniej chaosu, więcej spójności. Regulacje powinny być logiczne, a edukacja – systemowa. Biznes musi mieć przestrzeń do działania, a państwo odwagę do słuchania ekspertów – mówi Piotr Hałoń, Lider Grupy Energy, Resources & Industrials w Deloitte.
Dominika Miensopust: Energetyka to w ostatnim czasie generalnie regulacje. Czy wspierają one transformację, czy raczej ją hamują?
Piotr Hałoń: Jesteśmy dziś mocno przeregulowani – zwłaszcza z perspektywy odbiorcy końcowego, klienta indywidualnego. Mrożenie cen, uzgadnianie taryf, obowiązki raportowe – to wszystko bardzo usztywnia rynek…
…który w obecnej sytuacji bardziej potrzebuje elastyczności.
Tak, choć z drugiej strony regulacje wyznaczają kierunki, a przynajmniej powinny. Problem w tym, że działamy reakcyjnie, łatamy dziury, zamiast budować długofalową wizję.
Trzeba się zastanowić, gdzie byśmy byli, gdyby te regulacje nie istniały. Czy grupy energetyczne podeszłyby tak ambitnie do swoich strategii?
Transformacja energetyczna to – jak lubię powtarzać – operacja na otwartym sercu. System musi funkcjonować bez przerwy, nie da się go „za mknąć na dwa lata”. W związku z tym wyzwanie to jest szalenie ambitne, wymagające odwagi i ogromnej koordynacji między wytwarzaniem, przesyłem i dystrybucją.
W ostatnim czasie dużo mówi się o Krajowym Planie w dziedzinie Energii i Klimatu. Czy to dokument, który faktycznie nadaje kierunek transformacji?
W wielu miejscach strategie grup energetycznych są z nim zbieżne niemal jeden do jednego. To wciąż jednak propozycja, a nie ostateczna wersja planu. Widać w nim też pewne niekonsekwencje, na przykład w obszarze gazu. Z jednej strony zakłada się stały wzrost mocy wytwórczych opartych na tym paliwie, z drugiej – spadek ilości energii elektrycznej produkowanej z gazu po 2034 roku. Takie podejście można tłumaczyć przygotowaniami do uruchomienia energetyki jądrowej, rozwoju sieci i magazynów energii, ale z punktu widzenia inwestorów nasuwa się pytanie: po co budować tyle jednostek gazowych, skoro ich obciążenie ma spaść z czterech tysięcy do zaledwie tysiąca godzin rocznie?
Podobny problem dotyczy odnawialnych źródeł energii. Dane o fotowoltaice w planie są już nieaktualne. To pokazuje, że nie można „zabetonować” dokumentów strategicznych, powinny być regularnie aktualizowane, bo rzeczywistość gospodarcza i geopolityczna zmieniają się błyskawicznie. Wystarczy przypomnieć rok 2022: wojna za wschodnią granicą, szok cenowy, gwałtowne odejście od surowców z Rosji. Uważam, że dobrze wykorzystaliśmy ten trudny czas. Potrafiliśmy się uniezależnić, mimo że Europa długo się wahała.
Dlatego KPEiK powinien być dokumentem żywym, reagującym na zmiany. A tymczasem dyskusja o jego aktualizacji ciągnie się już od trzech lat.
Brakuje też spójności w systemie zarządzania energią – kompetencje są mocno rozproszone, a interesariuszy w tej układance jest po prostu zbyt wielu. Oczywiście, to wszystko też trwa, gdyż po drodze były wybory. Ale uważam, że to wszystko powinno być ponad podziałami.
Zakładam, że trwają konsultacje z grupami energetycznymi, natomiast brakuje mi dialogu z sektorem prywatnym, a to on często kreuje rzeczywistość szybciej niż regulacje. Biznes nie zawsze ma obowiązek dzielić się planami, ale państwo powinno umieć je dostrzegać i włączać do strategii.
Tym bardziej, że nie jest to mała „cegiełka” dokładana do tego tematu.
Szczególnie w obszarze OZE, obejmującym nie tylko fotowoltaikę, ale również energetykę wiatrową na lądzie i magazyny energii. Wystarczy spojrzeć na dane publikowane przez PSE – widać tam tysiące złożonych wniosków o przyłączenia, zarówno w zakresie wprowadzania energii do sieci, jak i jej wyprowadzania. I to nie tylko projekty tzw. „wielkiej czwórki” energetycznej, ale też liczne inicjatywy prywatnych inwestorów oraz transakcje M&A.
Brakuje jednak przestrzeni do rzeczywistego dialogu. Przykład? W 2023 roku, podczas dużej konferencji o energetyce jądrowej, ogłoszono strategiczne kierunki rozwoju. Zaledwie dzień później jedna z prywatnych grup energetycznych podpisała porozumienie z EDF, natomiast informacja ta nie znalazła żadnego odzwierciedlenia w oficjalnych materiałach. To pokazuje, jak bardzo system publiczny bywa oderwany od rynkowej rzeczywistości.
Niektóre firmy rzeczywiście wolą ciszę i dyskrecję – i to zrozumiałe. Ale cisza nie może zastępować dialogu, jeśli mówimy o skutecznej transformacji energetycznej.
Czy w tej skuteczności może pomóc zielony wodór? To dziś modne hasło, ale czy realny kierunek transformacji?
Rynek wodoru na świecie rośnie i będzie rósł. Polska również ma w tym obszarze kompetencje. Potrafimy go produkować i wykorzystywać, choć wciąż mówimy głównie o wodorze szarym. Jeśli chcemy dekarbonizować stal, rafinerie czy przemysł ciężki, wodór stanie się nieunikniony. Problemem jest jednak koszt – jego cena wynika przede wszystkim z ceny energii elektrycznej. Gdyby umiejętnie wykorzystać godziny, w których prąd jest wyjątkowo tani – a coraz częściej zdarzają się okresy, gdy jego ceny spadają poniżej zera – koszt produkcji zielonego wodoru mógłby być znacznie niższy.
Pytanie tylko, do czego ten wodór ma nam służyć? Nie wierzę, że za kilkanaście lat będziemy masowo tankować samochody wodorowe. Ta technologia ma sens tam, gdzie nie ma alternatywy, np. w hutnictwie, rafineriach, chemii.
Trzeba też pamiętać o całym łańcuchu dostaw. Nie ma sensu produkować wodoru w Płocku i przewozić go w sposób niezdekarbonizowany do Jeleniej Góry – wtedy trudno mówić o zielonym paliwie.
Ważnym aspektem jest też świadomość społeczna. Dziś promujemy auta elektryczne, programy dopłat, zielone transporty. Ale zanim zainwestujemy w wodór na masową skalę, musimy wiedzieć, po co to robimy i jak wkomponować go w szerszy system energetyczny. Bo to nie technologia sama w sobie ma znaczenie, tylko jej mądre zastosowanie.
***
Cała rozmowa dostępna w magaznie Kierunek Energetyka 5-6/25 (s. 16)







Komentarze