Partner serwisu

(Nie) warto się z koniem kopać?

Kategoria: Felietony

Albo rynek energii cieplnej, albo taryfikowanie jej cen – czy to pytanie tylko filozoficzne? Zagadnienie jest ważne, bo należy zapytać się, czy jest to związane z braniem na siebie przez URE odpowiedzialności za stan infrastruktury ciepłowniczej w aglomeracjach?

(Nie) warto się z koniem kopać?

   

    Narzędzie, które ma do dyspozycji URE, czyli zatwierdzanie lub nie taryf dla przedsiębiorstw energetyki cieplnej, jest narzędziem typu: tak ma być, bo ja (czytaj: URE) mam prawo taryfy tak długo nie zatwierdzać, aż nie spełni ona moich oczekiwań. Oczywiście stoi za tym ideologia ochrony słabszego, czyli klienta przed „pazernością” spółek dostarczających ciepło w sytuacji ich często monopolistycznej roli (w obszarze ogrzewanym). Stoi za tym argument o niższej sile nabywczej polskiej pensji w stosunku do pensji innych Europejczyków. Stoi również za tym mit opiekuńczego charakteru państwa. Ten ostatni argument chyba już ostatecznie w oczach naszego społeczeństwa przeszedł do lamusa. Pozostałe jednak funkcjonują, szczególnie pod koniec czteroletnich cykli.
    Nie ma chętnych, aby tak zmienić ustawę, żeby kontrola była realizowana ex-post i to dopiero w sytuacji wyraźnego naruszenia pozycji dominującej dostawcy ciepła. Jest przecież dla tego typu celów specjalnie utworzony Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumenta.
    Czym skutkuje bezrefleksyjne utrzymywanie obecnej praktyki taryfowej? Ano tym, że konieczne jak widać działania inwestycyjne spółek ciepłowniczych, związane z nieuchronnym wejściem w życie w roku 2016 dyrektywy o emisji przemysłowej (IED), są przesuwane już do takiego okresu, który czyni ich realność wątpliwą. Na nic zda się wiara niepoparta jak dotąd żadnym pozytywnym przykładem o tym, że władze nasze wynegocjują lub wymuszą na Komisji Europejskiej derogacje dla „polskiego biednego kraju” w tym zakresie. To już było i się nie sprawdziło. URE zatwierdza wprawdzie, jako uzasadnione koszty inwestycji te, które w konsekwencji znajdą się po okresie realizacji inwestycji w kosztach przedsiębiorstwa jako amortyzacja nowego środka trwałego, ale po prostu jest to tylko kilka, a co najwyżej kilkanaście procent rocznie od kosztów inwestycji, które trzeba było ponieść 3-5 lat wcześniej. Koszty kapitałowe i w szczególności coś takiego, co nazywa się wartością pieniądza w czasie, nie jest uznawane.
    Następną sprawą jest nieprzenoszenie natychmiastowe kosztów generowanych przez uregulowania typu EU ETS (związane z kosztami uzyskiwania prawa do emisji CO2) do taryf. Powoduje to przekonanie nieuświadomionego konsumenta, że skoro CO2 jest „trucizną”, to ma za to zapłacić ze swoich zysków spółka ciepłownicza. To jednak nie spółka podnosi ręce podczas głosowań za fantasmagorią pod nazwą ocieplenie klimatu Ziemi, tylko nasi światli przedstawiciele. Dla obywatela powinno być jasne, że za tego typu rozwiązania prawne to on w rzeczywistości będzie płacił.
    Pewnym problemem jest również sprzeczne z zasadami fizyki, a w szczególności termodynamiki nieuznawanie prawa ciepłowni do świadectw (skoro już takie muszą być), zwanych zielonymi certyfikatami za spalanie biomasy. Każdy wie, że przekształcenie ciepła paliwa w ciepło w gorącej wodzie w kotle ciepłowniczym zachodzi z około 85% sprawnością, w kogeneracji ze sprawnością całego procesu około 50-60%, a w czystej elektrowni średnio w Polsce poniżej 35%. Świadectwa te, odwrotnie do powyższej logiki, mają jednak tylko te instalacje, w których produktem jest energia elektryczna. Prawem obywatela jest posiadanie, w szczególności w zimie, ogrzewanego lokalu. Najefektywniejszym rozwiązaniem w skali dużej, takiej jak na przykład państwo czy choćby region, tam gdzie jest potrzebna i energia elektryczna, i cieplna, jest kogeneracja. Nie może ona jednak być wspierana po równo poprzez czerwone certyfikaty. Ich cena jest na rachunkach za energię elektryczną płaconych przez wszystkich polskich odbiorców energii elektrycznej, nawet tych, którzy nie mają dostępu do zdalaczynnych źródeł energii cieplnej. Ma tutaj działać zwykła rynkowa logika z uwzględnieniem lokalnych działań antymonopolowych, ale – tak jak pisałem – ex-post oraz z ewentualnie oceną śródterminową, a nie ex-ante.
    Problemy, które tutaj poruszam, są powszechnie znane. Od wielu lat przechodzimy jednak obok nich dość obojętnie, według zasady, że nie warto się z koniem kopać. A może wreszcie warto, bo rok 2016 ante-portas, jak mówiono o armii Hannibala.

Autor: Jerzy Łaskawiec

Felieton został opublikowany w magazynie "ECiZ" nr 4/2012

 

Strona używa plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. OK, AKCEPTUJĘ