Partner serwisu
17 października 2017

Co jest troską, a co jest zwykłym cynicznym cwaniactwem w GRZE W ZIELONE?

Kategoria: Felietony

Jest lato, lipiec jak zwykle deszczowy, a sierpień będzie słoneczny. Zima czasami jest ciepła, a czasami sroga. Różnie na różnych ziemskich południkach. Globalni przepowiadacze pogody na półkuli północnej praprzyczynę tego widzą w naturze prądu strumieniowego (jet stream) i jego zafalowań. Okresowo te zafalowania odbiegają od normalnej jego trasy przypolarnej ku południkowi. Wtedy zimowe fale mrozów „spływają” albo na Syberię, albo na Kanadę, albo na Wyspy Owcze i w konsekwencji na Europę. W lecie dzieje się podobnie. Wszystko to dlatego, że istnieje odchylenie osi Ziemi od płaszczyzny ekliptyki (o 23º). Te wielkie zjawiska atmosferyczne w połączeniu z charakterem Prądu Zatokowego na Atlantyku i Morzu Północnym a Prądu El Nino na Pacyfiku są przyczyną zjawisk meteorologicznych ostatnich milionów lat. Wszystko inne to lokalne czasowo i obszarowo zakłócenia (anomalie lub lokalne nieciągłości). W tym te zależne w części, raczej znikomej, od podłoża antropogennego

Co jest troską, a co jest zwykłym cynicznym cwaniactwem w GRZE W ZIELONE?

Skoro tak się dzieje od „zawsze”, skąd więc ten raban? Raban również wśród mądrych ludzi, a nie tylko w żądnych sensacji publikatorach. Raban wśród polityków, raban międzynarodowy. Czy za tym wszystkim nie stoi przypadkiem antropocentryzm, brak refleksyjnej skromności rodzaju ludzkiego? Czy stoi za tym zachłanność człowieka na posiadanie monopolu wiedzy o zjawiskach geofizycznych i ich wpływu na życie planety w następnych stuleciach? Czy też chodzi po prostu o interes gospodarczy (trywialny biznes rozumiany jako zarabianie pieniędzy a nie sztukę zarządzania)? Zacietrzewienie w sprawach klimatu u twórców IPCC i ich apologetów jest zrozumiałe. Inne poglądy traktują oni jako sekcizm (od sekty). Automatycznie zsyłają inaczej myślących do swoistego piekła rozumu. Nie pamiętają, że z dawnych sekt powstały wielkie religie świata, nawiasem mówiąc nawet one nie są wolne od przekonania, że tylko ich religia w konsekwencji może doprowadzić do zbawienia człowieka.

Tyle wywodu o moim poglądzie na sprawę GRY W ZIELONE (Masz zielone? Mam). Powróćmy do tematu „słoń a sprawa polska”. Podczas debaty o nowelizacji ustawy o OZE (20.07 2017) bardzo logiczne i wyważone wystąpienie ministra energii w temacie obligatoryjności celu (osiągniecie odpowiedniego (?) stopnia zaspokajania potrzeb energetycznych Polski ze źródeł odnawialnych), jak również tempa jego wdrażania, wywołało agresywną reakcję. Na przykład dyskusja po tym wystąpieniu na portalu CIRE. Przerodziła się ona w swej formie w wymianę epitetów zwolenników zastąpienia energii elektrycznej wiarą w zbawczą moc istnienia pragmatycznych sposobów koncentracji rozproszonej energii słońca w energię elektryczną (w adekwatnej skali do potrzeb rozwojowych ludzkości) a pragmatykami. Raczej wszyscy wypowiadający się tam dyskutanci chcieli wywrzeć na przeciwnikach i obserwatorach wrażenie o posiadaniu prawdy objawionej. Jeśli już, w ferworze poprzednich dyskusji – od KIOTO począwszy – Polska zgodziła się (raczej została zmuszona do przyłączenia się do grupy/stada/ kohorty) na pewne deklaracje co do redukcji CO2 wynikowo, a fizycznie do budowy instalacji OZE, to róbmy to na tyle, na ile musimy. Po pierwsze Polska ma określaną na wiele lat do przodu strukturę własnych nośników energii (swego gazu mamy kilkadziesiąt procent, ropy naftowej kilka procent, a w węglu jak na razie jesteśmy samowystarczalni) i nie zmienią tego żadne deklaracje.

Mój Tata mówił mi, gdy chciałem niemożliwego – „jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma”. Bicie rekordów w szybkości wzrostu ilości instalacji OZE, w 100% dofinansowywanych (w różnej formie) przez odbiorców energii elektrycznej nie ma sensu ekonomicznego. Dla państwa również. Słuszne jest przesłanie – powtarzam: róbmy tyle, ile musimy. Inni robią tak samo. Oprócz oczywiście Niemiec, które dostrzegły najpierw szansę na eksport swoich technologii dla potrzeb budowy instalacji OZE do nowych wyznawców ekologicznej religii. Dostrzegły teraz jednak i one, że główne technologie fotoelektryczne mają pochodzenie chińskie i tam płyną pieniądze niemieckiego konsumenta. Dostrzegły również, że brak jest w Niemczech wystarczającej ilości interconektorów północ-południe, aby przesłać generowaną na północy energię z wiatraków, bo tylko tam są „dobre” wiatry. Na południu są słabsze wiatry, takie jak w Polsce, i tam mądrzy wiatraków nie stawiają. Dostrzegły również, że odbiorca energii elektrycznej ma już dość dopłacania do takich idei ponad 350 euro rocznie w swoich rachunkach za energię elektryczną. Dla przykładu z ostatniego okresu – rządy landów Brandenburgii oraz Nadrenii Północnej-Westfalii chcą przyhamować wdrażanie polityki klimatycznej. Brandenburgia ogłosiła, że zmniejszy cel redukcji emisji do 2030 roku z 72 proc. do 55-62 proc. wobec 1990 roku. Nowy rząd w Nadrenii Północnej-Westfalii również zapowiedział ograniczenie celów redukcji emisji z 43-45 proc. do około 40 proc. (do 2030 roku). Nich Polska nie będzie liderem w tym biegu, gdzie granica (meta) jest ciągle przesuwana, a reguły są dostosowywane do tego, który biegnie na czele stawki.

Tyle na dzisiaj w tym temacie. CDN.

Nie ma jeszcze komentarzy...
CAPTCHA Image


Zaloguj się do profilu / utwórz profil
Strona używa plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. OK, AKCEPTUJĘ